Richard Mbewe

Z innej perspektywy

2011-02-26 13:58

Libyan investments In Africa – what now?

As the people’s revolutions sweep across the Middle East from Morocco to Bahrain, a number of analysts including the author have started wondering about the new political and economic order of that region, after the dust has settled down. For further discussion, the Middle Eastern region undergoing the turbulences can be divided into two parts: the Maghreb region comprising of countries of North Africa like Morocco, Algeria, Tunisia, Libya and Egypt and these are countries in the proximity to the European Union. The second part comprises of countries in the Arabian Peninsula like Saudi Arabia, Syria, Jordan, Yemen and the Gulf States including the Emirates, Bahrain, Oman and Kuwait. Quite surprisingly Iran and Iraq are out of these revolts as those countries have specific problems of their own.

The consequences of what is happening in this region have a global impact due to a number of reasons and their effects have been amplified by the global impact of news transmission. This allows for people in this region to see and want to imitate what is happening in other countries. Thus, the Egyptian revolutions has been attributed to innovations in communication technology like Tweeter and/or Facebook. The second reason why events in that region have a global impact is that the region consists of countries that are major producers of crude oil, by far the most strategic commodity in the World. Libya accounts for 2% of global oil production and 10% of the oil used in the European Union. Thirdly, the region is the passage way for the majority of products involved in international trade through the Suez Canal. Indeed, the Suez Canal is the major route connecting Europe to Asia and to some extent to America. The supply of various raw materials and finished products, of which the most important is crude oil pass through here. The Suez Canal is also a path route for the telecommunications fiber network that facilitates phone, email, internet communications between Europe and Asia. Fourthly, the region is undergoing dynamic changes as regards to demographic issues – youths account for the majority of the population, an increase in fundamentalism (especially Islamic) and social tensions including the role of women in society. The equation is made more difficult by the Palestinian issue and the future of Israel in the region, dominated by Arab states that might not necessarily be friendly to it.

Another of the major impacts of the revolution in the Middle East is economical, especially the global role of huge funds that are owned by those states. I have in mind investments undertaken by those states through specific Sovereign Wealth Funds, especially those of major oil producers like Libya.

Prior to the revolution, Libya had become very active by investing its sovereign wealth in major businesses across the African continental, especially in telecommunications. The Libyan government investment company called Libya African Portfolio (LAP) has set up an investment vehicle called LAPGreenN has invested in the telecoms business in many African countries including Uganda, Rwanda, Niger, Ivory Coast, Zambia, South Sudan, Sierra Leone, and Togo. With the ongoing disintegration of Libya and the potential power vacuum that will come up (until a generally accepted leader takes over in Libya), it has become imperative to find the answers to a number of questions as regards to these Libyan investments in Africa.

Firstly, what will happen to foreign investments undertaken by the Gaddafi regime? Since Gaddafi was Libya’s strong, he was behind all these investment decisions. In light of a new nationalist government taking over, will these investments be cancelled off and the money taken back to Libya? Also, there is a danger that there might be a power vacuum upon Gaddafi’s departure. This power vacuum might be filled by Islamic fundamentalists. They might want to keep intact these investments (especially in telecommunications) in order to foster their further development of Islam in these countries where LAPGreenN is operating, especially in Africa south of the Sahara.

Taking into consideration that telecommunication is one of the most strategic sectors of an economic of a given country, what dangers will these African governments  will face in the new circumstances? On the other hand, the new government in Libya might as well just want to get rid of these investments to anybody that offers the best bid. This results of such a move whereby a strategic sector falls into the hands of investors who do not necessarily have Africa’s long term development interests at heart.

2011-01-26 14:22

Obama – plany na ostatnie dwa lata kadencji

Prezydent Barack Obama wygłosił swoje dorocznie przemówienie do parlamentu amerykańskiego tzw. State of the Union Address. Tym razem, Obama namawia Amerykanów do większego poświęcenia i pracy. Ja wybrałem te zagadnienia gospodarcze, które Prezydent wskazał Amerykanom jako najważniejsze zagadnienia dla tego kraju na najbliższe lata. Są to: obniżenie wydatków rządowych, wzmocnienie innowacyjności i przedsiębiorczości oraz sprostanie wyzwaniom związanym z globalizacją.

Obama proponuje obniżenie wydatków rządowych w najbliższych pięciu latach o 400 mld dolarów i to zostanie osiągnięte poprzez zwalnianie ludzi, obniżenie kosztów prowadzenia działalności rządowej. Tymczasem, uważam że to będzie bardzo trudne do osiągnięcia i uzyskania faktycznych efektów, dlatego że jednocześnie Obama mówił o wzroście inwestycji w edukacji oraz ochronie środowiska.

Po drugie, Obama mówi o innowacyjności i przedsiębiorczości jako tych dziedzinach, które spowodują że Ameryka osiągnie z powrotem swoją pozycję jako numer 1 na świecie. W ostatnim czasie raczej okazuje się, że Chiny są bardziej innowacyjne i przedsiębiorcze od Ameryki. Jednym z owoców pobytu chińskiego Prezydenta Hu Jintao w USA w ostatnim tygodniu jest podpisanie umowy na mocy której Chińczycy zbudują najszybszy pociąg w Kalifornii. A zatem, o ile będą zachęty dla tych innowacyjnych i przedsiębiorczych, o tyle oznacza to kolejne wydatki budżetowe.

Po trzecie, Obama zwraca Amerykanom uwagę na szanse i zagrożenia jakie stawia globalizacja, a zwłaszcza konkurencja ze strony Chin oraz Indii. W tym kontekście, Obama powiedział swoim obywatelom, że czas kiedy świat patrzył na Amerykę pod względem gospodarczym skończył się bezpowrotnie i namawia ich żeby uaktywnili się pod względem gospodarczym w skali globalnej. W tym miejscu nawiązał ponownie do punktu drugiego powyżej, ze Ameryka ma być bardziej innowacyjna i przedsiębiorcza.

Przemówienie Obamy zostało dobrze przyjęte przez opozycję, czyli Republikanów i Ruch Tea Party ponieważ oni zgadzają się z Prezydentem, że należy obniżyć wydatki budżetowe. Zgadzają się z Obamą, że USA ma być najlepszym miejscem do robienia biznesu na ziemi, najbardziej innowacyjnym krajem oraz najbardziej wykształconym państwem na świecie.

Uważam, że Obama zaczyna drugą połowę swojej kadencji koncentrując się na tych działaniach, które dadzą Ameryce konkurencyjność gospodarczą i przewagę nad nowymi rywalami jakimi są Indie i Chiny. Warto zwrócić uwagę na fakt, że obecny deficyt handlowy wobec Chin sięga USD 262,3 mld. W związku z tym, Prezydent Obama definiuje te dwa kraje jako nową siłę (a zatem i przyszły konkurent USA) związaną z globalizacją. Przy czym, zarówno prezydent jak i jego oponenci mówią jednym głosem, że nie chcą powtórzyć problemów Europy, a zwłaszcza Grecji czy Irlandii. W związku z tym, Ameryka w tej chwili wytycza nowe obszary działań gospodarczych na najbliższe dwa lata, które obejmują kreowanie nowych miejsc pracy poprzez popieranie innowacyjności i przedsiębiorczości, przy czym, należy mieć na uwadze i korzystać z dobrodziejstw jak stwarza globalizacja.

Uważam, że rynki finansowe dobrze przyjmą zapowiedzi Obamy, albowiem pierwsze dwa lata jego kadencji jako Prezydenta USA koncentrowały się na rozwiązywaniu problemów krajowych, a zwłaszcza skutków kryzysu gospodarczego z 2008r i brało sygnał z USA w jakim kierunku dążyć. Tym razem przemówienie prezydenta jest pierwszym krokiem, żeby wyjść poza USA jeśli chodzi o gospodarkę. To oznacza większą aktywność inwestorów amerykańskich na rynkach światowych.

2010-08-25 22:43

Kryzys w Polsce? Tak, ale made in Poland.

Dla wnikliwego obserwatora naszej sceny społeczno-gospodarczej, rządowa zapowiedź podwyżki stawek podatku VAT (tuż po wyborach) nie jest żadnym zaskoczeniem. Pomińmy polityczno - kalendarzowe konotacje tej decyzji. Obecna dyskusja nad naprawą finansów państwa, ograniczona jest do sfery makro gdzie mówi się: obcinać tu, podwyższyć tam, przedłużyć tu, skrócić w tym miejscu, zwiększyć w innym, itd. Rządowi eksperci uważają, że podwyższenie podatków, a zwłaszcza VAT o jeden punkt procentowy spowoduje że dochody budżetowe wzrosną o około 5 miliardów złotych, i że będzie to wystarczającym zabiegiem, aby zażegnać kryzys. Kwota ta, stosunkowo niewielka, ma pozwolić na zachowanie deficytu budżetowego w tzw. bezpiecznych granicach. Ma też nas uchronić przed “greckim’’ czy też ,,hiszpańskim’’ scenariuszem. Nie wdając się w głębszą dyskusję nie mogę jednak nie dodać, że bez reform po stronie wydatków, na dłuższą metę, wspomnianych scenariuszy nie da się wykluczyć. Tym bardziej historia Polski po 1989 roku pokazuje, że żadna partia polityczna nie była i nie jest gotowa do wykonania tych bardzo potrzebnych reform. Teraz dochodzimy do kumulacji tych zaniechań i może to mieć katastrofalny skutek dla Polski.

Bardziej niepokoi mnie sytuacja na poziomie mikro. Tu podwyżka VAT-u może mieć bardziej przykre konsekwencje. Trzeba bowiem pamiętać, że sytuacja dających ponad 65 proc. PKB małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce już dziś jest często bardzo trudna ze względu na brak przede wszystkim kapitału obrotowego. Według raportu NBP opublikowanego na przełomie czerwca i lipca, banki zaostrzają politykę kredytową w stosunku do małych i średnich przedsiębiorstw, rosną koszty i zobowiązania, co prowadzi do utraty płynności finansowej przez wiele firm. Jak pokazują różne badania, w takiej sytuacji przedsiębiorstwa w pierwszej kolejności przestają regulować zobowiązania wobec innych podmiotów, potem ZUS i szeroko rozumianego budżetu, w tym i VAT. Później upadają i - tu koło się zamyka - budżet zamiast zyskać traci!. Na zasadzie efektu domina może dojść do kryzysu „made in poland’’. Obawiam się, że taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny.

Widzę wyjście z tej sytuacji jedynie poprzez ograniczenie wydatków budżetowych, zmianę w sposobie pobierania ZUS od firm, a zwłaszcza tych nowo powstałych, wyrównanie KRUS i ZUS, wprowadzenie budżetu zadaniowego z efektywnym poziomem zatrudnienia i co najważniejsze zmianę konstytucji, która wymusza na rządzie utrzymanie pewnych wydatków, pomimo że przestały odpowiadać obecnej sytuacji gospodarczej w Polsce. Ale to jest już  bardzo trudne zadanie polityczne i pozostaje nam tylko opatrzność, by zapobiec kryzysowi w Polsce.

 

 

 

2010-06-20 19:04

Gospodarka: wynik wyborów prezydenckich nic nie zmieni

 Jak pokazują ostatnie dane polska gospodarka ma się zupełnie dobrze w porównaniu do innych gospodarek europejskich. Póki co grecki scenariusz nam nie grozi zwłaszcza, że dość szybko (po smoleńskiej tragedii) uporano się z obsadą wakującego stanowiska prezesa NBP. To dobrze rokuje na przyszłość choć trzeba mieć świadomość, że nawet najlepszy czy raczej najbardziej kompetentny prezes banku centralnego sam, bez Rady Polityki Pieniężnej, nie wiele może zdziałać!

Nie sądzę by przyśpieszone wybory prezydenckie i ich wynik mogły mieć jakiś jednoznacznie negatywny lub pozytywny skutek dla polskiej gospodarki. Podczas krótkiej kampanii wyborczej od żadnego z kandydatów nie usłyszeliśmy choćby szczątkowego zarysu jakiegoś programu gospodarczego. Myślę więc, że to kto zostanie prezydentem dla gospodarki pozostanie bez znaczenia.  Co innego powódź.  Jej znaczne rozmiary spowodowały ogromne zniszczenia i straty zarówno w infrastrukturze jak i w szeroko rozumianej gospodarce. Na przykład w rolnictwie. Można bez większego ryzyka domniemać, że ceny płodów rolnych pójdą jeszcze bardziej w górę, co nie pozostanie bez wpływu na poziom inflacji.  Warto przypomnieć, że w polskim koszyku inflacyjnym ceny żywności mają znaczący udział. Może być zatem z tym problem choć przedstawiciele rządu, w tym zwłaszcza minister rolnictwa, uspakajają. Presja inflacyjna będzie jednak spora. Natomiast jej konsekwencją będzie zaostrzenia polityki monetarnej, wzrost stóp procentowych i tym samym kosztów pieniądza oraz mniejsza jego podaż na rynku. Jaki wpływ na gospodarkę ma brak pieniądza już w tym miejscu mówiliśmy kilkakrotnie. Trzeba zatem zrobić wszystko co możliwe, by w gospodarczym krwioobiegu właśnie pieniądza nie zabrakło!

Można w tej kwestii sięgnąć do Funduszy Europejskich. Zresztą ze strony Premiera padły już takie deklaracje. Likwidowanie skutków powodzi ma być w sporej części współfinansowane z unijnej kasy. Pozostaje tylko problem sensownego wydatkowania tych środków. W oparciu o kalkulacje ekonomiczne, a nie polityczne jak to niegdyś bywało.

W obliczu kataklizmu jakim niewątpliwie była i jest powódź nie można też zapomnieć o tych programach, które są aktualnie realizowane. Tylko, bowiem terminowa ich realizacja daje gwarancję przypływu kolejnych funduszy.

2009-07-10 9:44

Podatek liniowy: ostrożności nigdy za wiele

Według informacji prasowych, Pan Rzecznik Praw Obywatelskich – dr Janusz Kochanowski, chce zaskarżyć obecnie obowiązujący system podatkowy do Trybunału Konstytucyjnego, jako niesprawiedliwy, a zatem, niezgodny z konstytucją. Obecny system progresywny klasyfikuje ludzi według rocznych dochodów i w zależności od osiągniętych dochodów, płacą oni różne poziomy podatków, czyli obecnie 18% i 32%. Wiele osób uważa ten system za niesprawiedliwy.
O ile kibicuję Panu Rzecznikowi, dlatego że wprowadzenie podatku liniowego właśnie zapewnia równość obywateli w zapewnieniu państwu dochodów, o tyle jestem przeciwnikiem wprowadzenia zmian w tej chwili, dlatego że może to spowodować fatalne skutki społeczne w takim kraju jak Polska. Konstytucja mówi o równości wobec prawa i państwa wszystkich jego obywateli. A zatem, wprowadzając podatek liniowy na poziomie, na przykład 10%, szwaczka która zarabia 1000 zł miesięczne może zapłacić 100 zł, a tymczasem prezes banku który zarabia 800 000 zł zapłaci 80 000. A zatem i tak ten który zarabia dużo, zapłaci proporcjonalnie więcej i jest to sprawiedliwy!.
Natomiast problem polega na tym że wiele osób w Polsce „żyje na garnuszku” państwa - mam na myśli ludzi bezrobotnych, emerytów, rencistów, ludzi korzystających z funduszu alimentacyjnego i innych. Trudno znaleźć dokładne dane, ale w 2006r, około 94% podatników w Polsce płaciło najniższy podatek, tylko około 0,5% płaciło najwyższą stawkę jaka wtedy była, czyli 40%. W zasadzie, to jest „ukryty” podatkiem liniowym .Po drugie, tuż po jego wprowadzeniu, podatek liniowy doprowadza do ubytku dochodów państwa. Przykład i problemy Łotwy stanowią dowód na tę tezę. Oznacza to, że wprowadzenie podatku liniowego powinno nastąpić z jednoczesnym wzrostem możliwości wielostronnego zarabiania oraz przedłużenia wieku emerytalnego, czyli krótko mówiąc: należy jednocześnie zminimalizować wszystko to co może obciążyć budżet państwa. W obecnej globalnej sytuacji gospodarczej, jest to niemożliwe.
Po trzecie, w społeczeństwach krajów EU-10 do których należy Polska, pomimo że są członkami Unii Europejskiej, jednak nadal pokutuje u nich podejście socjalistyczne polegające na tym, że większość przyjmuje postawę roszczeniową wobec państwa. Jak czegoś nie mam, państwo to mi zapewni lub powinno mi pomóc wyjść z tych tarapatów. Bardzo to wyraźnie widać w sposobie działania związków zawodowych. Tymczasem, ci sami tzw. „słabi” zapomnieli, że żyjemy w kapitalizmie, gdzie każdy żyje dla siebie, a Bóg dla nas wszystkich!
A zatem, kibicując Panu Rzecznikowi, pamiętajmy o tym, aby ustalić poziom podatku liniowego na takim poziomie, który zapewni budżetowi państwa odpowiednie dochody, aby łożyć na utrzymanie tych najuboższych lub „słabych” jak ktoś woli. Zresztą w Sejmie takie zmiany mogą napotkać utrudnienie w postaci posłów, którzy będą mówić o redystrybucji bogactwa kraju i przez to pozyskiwać kapitał polityczny.

2009-06-24 9:54

Gospodarka na zakręcie

Polska gospodarka notuje spadek wzrostu gospodarczego i jak zwykle szuka się winnego. W dobie globalizacji trudno jest wskazać kogoś takiego, dlatego że mamy do czynienia z masową otwartością gospodarczą w skali światowej. A zatem, kryzys w Stanach trwa od 2007 i należało zdawać sobie sprawę, że prędzej czy później dotrze do Polski: przeważnie poprzez powiązania gospodarcze: głównym partnerem handlowym USA jest UE. Głównym partnerem handlowym Polski jest UE. Jeśli USA ma kłopoty, też UE ma a w związku z tym i Polska będzie miała. Stąd wniosek że problemy globalne musiały w ten sposób dotrzeć do Polski: kwestią było tylko - kiedy i w jakim rozmiarze?
O ile na jesieni zeszłego roku mówiłem publicznie, że rząd nie powinien reagować na spadek giełdowy (14% spadek indeksu WIG w ciągu jednego dnia w październiku 2008), o tyle jednocześnie rząd powinien mieć plan B na wszelki wypadek. Z przykrością dziś możemy powiedzieć, że takiego planu nie miał. A były sygnały, że sytuacja będzie coraz gorsza, bo na początku tego roku wybuchła sprawa o niewypłacalności MON. Obwiniono różnych urzędników za niewypełnienie obowiązków. Problem rozeszło się po kościach, bo nie było wiadomo, czy wina po stronie MON, który nie przygotował odpowiedniej dokumentacji, czy po stronie MF które po prostu nie miało pieniędzy.
Tymczasem, sytuacja w bankach stawała się coraz gorsza (ograniczenie akcji kredytowej, podwyższenie wymagań przy udzielaniu kredytów, zaostrzenie warunków obsługi kredytów, ograniczenie liczby pracowników, spadek poziomu funduszy własnych, itd). Jednocześnie, przedsiębiorcy zaczęli dmuchać na zimne (czytaj: ograniczać działania) i masowo zwalniali pracowników. Z kolei, przedsiębiorcy tracili płynność finansową i pojawiły się zatory płatnicze, na czele których było niepłacenie podatków, a zwłaszcza VAT. Warto zauważyć, że VAT stanowi podstawowe źródło dochodów podatkowych dla budżetu i w związku z tym doprowadziło to do spadku dochodów do budżetu i lawinowo wzrósł deficyt budżetowy.
Stara maksyma mówi, że w czasie kryzysu gospodarczego rząd powinien ożywiać gospodarkę poprzez zwiększenie inwestycji centralnych, w tym i robót publicznych. Jest wiele projektów do realizacji pod tym względem w Polsce: rozbudowa infrastruktury, autostrady, Euro 2012, itd. Problem w tym, że brakuje pieniędzy z powodu kryzysu lub źle ustawiono priorytety w czasach spokojnych. Natomiast zapomina się o tym że Polska ma ponad 67 mld euro w ramach budżetu unijnego 2007 – 2013. To może być podstawowym źródłem pieniędzy do sfinansowania inwestycji centralnych, które jednocześnie mogą napędzać koniunkturę w kraju.
Jednak nadchodzi czas wakacji. W związku z tym, wszyscy rozjadą się na wakacje i po wakacjach dopiero będzie się działo. Wówczas rozmiar problemów sektora bankowego wyjdzie na jaw. Gwarancje rządowe dla systemu bankowego okażą się niewystarczające. Kredytobiorcy już nie będą w stanie obsługiwać kredytów na bieżąco. Rozpoczęta wojna o depozyty zakończy się fiaskiem, dlatego że banki nie będą mieć z czego zapłacić odsetek od tych depozytów, ponieważ jednocześnie nie jest prowadzona akcja kredytowa. Taki scenariusz zakończy się załamaniem w bankach jak i w gospodarce.
Tymczasem, problemy gospodarcze Łotwy pokazują, że one miały korzenie w trzech źródłach: po pierwsze to wprowadzenie podatku liniowego na nieodpowiednim poziomie (takim, który zapewni dochody budżetowe), po drugie to umocowanie lokalnej waluty – lat do euro i po trzecie to brak spójnej policy mix w kręgach rządowych. Na szczęścia takich problemów Polska nie ma. Tu mogą być problemy innego typu: majsterkowanie przy podatku, nadmierna biurokracja przy funduszach UE oraz brak decyzji politycznych w celu realizacji nadzwyczajnych zadań. Natomiast ostrzegałbym przed majsterkowaniem przy podatkach, dlatego że to może radykalnie zmniejszyć dochody budżetowe (poprzez zwiększenie szarej strefy). Raczej niech ministrowie radykalnie zmniejszą wymagania przy pozyskiwaniu funduszy z UE. Ba, proponuję aby nawet premier lub prezydent zarządził dekrety w tych sprawach, celem skrócenia drogi pozyskiwania funduszy czy ograniczania możliwości zaskarżania decyzji przez przegranych czy pseudo-ekologów.
W czasie kryzysu należy zmniejszyć wydatki lub zwiększyć dochody – cudów nie ma. Obydwa kroki wymagają niepopularnych i odważnych decyzji. Czy istnieje wola polityczna aby czegoś takiego dokonać?

2009-06-03 9:21

Gospodarka Polski – jak wyjść z marazmu.

Od pół roku w różnych mediach wyrażałem swoje realne oceny dotyczące możliwości wzrostu PKB w 2009 roku. Uważałem optymistycznie, że w 2009 roku w przeciwieństwie do bogatych gospodarek tzw. Starej Unii, gdzie mamy do czynienia z recesją, będziemy mieli wzrost PKB na poziomie do 3,5 %. Była to sprzeczna opinia wobec ogólnie wygłaszanych przez innych ekonomistów, którzy wieszczyli u nas gospodarczą katastrofę itp. jednym tchem dodając, że rząd nic w tej sprawie nie robi. W kwestii działań, a raczej zaniechać Rządu RP i ja nie byłem bezkrytyczny.

Tymczasem z końcem maja br, media ,,odtrąbiły’’ sukces. W pierwszym kwartale 2009, mieliśmy wzrost PKB o 0,8 %. Wskaźnik ten pokazuje, że jeśli w swych prognozach się pomyliłem, to bardzo niewiele. Nadal pozostając optymistą albowiem sądzę, że na koniec roku osiągniemy od 1,7 do 2,5 %. Na tle innych krajów UE, to jest sukces, choć mógłby być on większy. W tym miejscu przypomnę swoje krytyczne zdanie na temat braku działań ze strony rządu w zakresie łagodzenia społecznych skutków kryzysu światowego z wykorzystaniem funduszy europejskich. Przypomnę, że w budżecie UE na lata 2007 –2013 mamy około 69 miliardów euro, z których jak donoszą media, wykorzystaliśmy dotąd około 3%. Jeśli to prawda, choć z różnych stron płyną różne dane, to sukcesem nie jest. Statystycznie rzecz ujmując, co roku z budżetu UE winniśmy zaciągać około 9,8 miliardów euro. Skoro ten budżet obowiązuje od 2007, tzn. już powinniśmy mieć pozyskanych około 20 mld euro lub co najmniej 80 mld złotych. Ile pozyskamy w tym roku? Rząd optymistycznie zapowiada, że około 20 miliardów złotych, ale moim zdaniem to za mało. Nie wystarczy też ,,pakiet antykryzysowy’’. Do tego należało by dodać inwestycje związane z Euro 2012, co do których już wiadomo że co najmniej 70% z nich nie zdążymy realizować, a zawłaszcza tych związanych z autostradami. Wiele firm nadal pozostaje na skraju bankructwa i rośnie bezrobocie. To bardzo negatywne zjawiska wynikające z sytuacji światowej.

Uważałem i nadal tak uważam, że polska gospodarka może się dalej rozwijać stosunkowo lepiej niż inne kraje UE, ale jedynie poprzez inwestycje oraz roboty publiczne. Mamy finansowanie z UE i projekty również. Apelowałem więc do rządzących i przy tym pozostaję, by z pomocą funduszy europejskich uruchomić jak najwięcej projektów publicznych. Nawet jeśli wymagać to będzie wydawania w tej sprawie dekretów przez prezydenta czy premiera! Należy szybciej i mądrzej wydawać unijne środki. Bo tylko w ten sposób można wyjść z ,,kryzysu’’ zwycięsko, bez większych społecznych strat.

 

2009-06-01 18:51

Kto uratuje polski oddział Opla ?

Dziś po południu czasu amerykańskiego, General Motors ogłosił bankructwo i poprosił o ochronę powołując się na Chapter 11. W ten sposób droga jest otwarta do rozkawałkowania tego gigantycznego koncernu, który miał pod swoją kontrolą takie marki samochodowe jak Opel, Vauxhall, Saab, Holden, Daewoo, itd.  Cały świat skupiony jest na fakcie, że niemiecka część GM, czyli Opel został wykupiony przez konsorcjum składające się z kanadyjskiego producenta części samochodowych – Magna, rosyjskiego producenta samochodów – GAZ oraz rosyjskiego Banku – Sbierbank. To konsorcjum jest zainteresowane czterema zakładami Opla w Niemczech. Jednocześnie konsorcjum dostało pomoc państwową z rządu niemieckiego w kwocie 1,5 mld euro w formie gwarancji oraz 350 mln w formie różnej pomocy. Celem tych działań jest ratowanie miejsc pracy w Niemczech, podczas gdy dla Rosjan to kolejna okazja na ekspansję gospodarczą na zachodzie. Tymczasem nie ma mowy o ratowaniu 8,5 tyś miejsc pracy w zakładach Opla poza granicami Niemiec, w tym i w Polsce.

Interesuje mnie los fabryki Opla w Polsce, czyli w Gliwicach i w Tychach, a zwłaszcza miejsca pracy, które zostaną utracone w wyniku tej transakcji. Oczywistym rozwiązaniem byłoby przejęcie fabryki (maszyny i załoga) przez Polską grupę kapitałową. Może to być kapitał państwowy lub prywatny.

Okazuje się, że w Polsce, to nie takie proste. Praktycznie NIE istnieją możliwości ratowania takiego zakładu przez Skarb Państwa, dlatego że albo nie ma pieniędzy, albo jest to niewłaściwa ingerencja w rynek. Tymczasem, rynek umarł naturalną śmiercią  razem z pojawieniem się kryzysu globalnego w ostatnim roku. Teraz państwo odgrywa rolę instytucji naprawiającej rynek poprzez ratowanie bankrutujących firm, czy też jako regulator rynku. Z kolei sektor prywatny nie pomoże, bo się boi nagonki polityczno-prokuratorskiej lub popadł w niełaskę zarówno polityczną jak i społeczną. A zatem, albo działa poza granicami Polski, albo nie będzie w stanie zorganizować konsorcjum, które może uratować Opla w Gliwicach.

Taka sytuacja trwa od ponad 20 lat i doprowadziła do tego, że nawet rozsądne rozwiązanie, jakim było by połączenie PZU oraz PKO BP (byłem i jestem zwolennikiem tego) nie zostało zrealizowane. Wyobraźcie sobie Państwo, jaka byłaby sytuacja na rynku kredytowym dziś, gdyby istniała narodowa instytucja finansowa, która działa na rzecz polskich firm i polskiego rynku! Pozostaje pytanie: dlaczego rząd nie zajął stanowiska w sprawie losu Opla w Gliwicach/Tychach? Uważam, że powstaje niepowtarzalna okazja, aby ożywić polski przemysł motoryzacyjny! Nawet jeśli Polska nie ma gotowego modelu samochodowego do produkcji, na świecie jest wielu inwestorów (chociażby chińczycy), którzy chcieliby zaistnieć na rynku EU na bazie wykształconej i doświadczonej kadry oraz majątku w Gliwicach/Tychach. Uważam, że jeszcze nic straconego, bo można jeszcze uratować zakłady w Polsce i na ich bazie zbudować coś nowego i polskiego.

 

2009-04-02 21:08

Szczyt G-20 – fundamenty nowego ładu ekonomicznego?

Szczyt G-20 w Londynie zakończył się. Był to szczyt powołany po to, aby rozwiązać obecne problemy gospodarcze świata. Na zakończenie tego szczytu, przewodniczący Premier Gordon Brown ogłosił sukces tego spotkania podkreślając, że szczyt postanowił zakończyć erę Washington Consensus. Washington Consensus to zestaw zaleceń jak wyjść z zacofania gospodarczego i doprowadzić do rozwoju. Zasady te powstały w latach 1980-tych, aby zapewnić USA, że na ich podwórku (Ameryka Łacińska) nie rozrośnie się komunizm. Po upadku muru berlińskiego i przyjęciu gospodarki rynkowej przez kraje byłego bloku wschodniego, w tym i Polskę, zasady Washington consensus, zaaplikowano i tu. W zasadzie Washington Consensus polega na tym, że nie ma interwencji państwowej w gospodarce, w gospodarce panują mechanizmy rynkowe, prywatyzacja gospodarki, istnieje kontrola budżetowa poprzez ograniczenie poziomu deficytu oraz długu publicznego. Innym zaleceniem Washington Consensus jest utrzymanie wysokich stóp procentowych (aby zwiększyć wartość pieniądza), nie dopuszczenie do wzrostu inflacji, nie ma ograniczeń w wywozie i przywozie kapitału (a w szczególności dewiz), krótko-mówiąc: pełny liberalizm w gospodarce w skali światowej. W ten sposób, właśnie dzisiaj Premier Brown poinformował o zmierzchu bezgranicznego kapitalizmu w wydaniu Reaganomics czy Thatcherism.

Co nastąpi teraz? Brown powiedział, że będzie większa kontrola rynku, zwłaszcza rajów podatkowych, które mają znikać razem z tajemnicą bankową. Przywódcy zalecili OECD, aby ujawniło nazwy krajów na świecie, które są uznawane za raje podatkowe!. Rynek będzie bardziej uregulowany, a zwłaszcza rynek finansowy i w związku z tym, działania agencji ratingowych będą też podlegać kontroli organu nadzorczego. Poza tym, szefowie banków nie będą sobie przyznawać premii w przypadku, kiedy ich bank poniósł straty!. Zostaną wprowadzone nowe zasady księgowości, które wprowadzą mechanizmy wczesnego ostrzegania przed nadchodzącymi kryzysami! Premier Brown dodał, że będą poważne sankcje wobec tych krajów, które nie zastosują tych zasad! Po drugie, przywódcy uzgodnili wpompowanie w gospodarkę pakietu stymulacyjnego w wysokości $ 5 bilionów (pięć tysięcy miliardów) na to, aby oczyścić system finansowy, ożywić gospodarkę oraz kreować nowe miejsca pracy. Między innymi te pieniądze mają być przeznaczone na ratowanie krajów, które są na krawędzi bankructwa, takich jak Grecja, Węgry czy kraje nadbałtyckie. Mają one dostać około $ 60 mld, które to niemiecka kanclerz Merkel uznała za swój sukces. Tymczasem inne kraje rozwijające się, a zwłaszcza kraje afrykańskie mają zadowolić się $50 mld w ramach ożywienia handlu. Na te działania G-20 przeznaczył w sumie $ 250 mld. Te pieniądze mają być przyznane w ramach nowych negocjacji będących kontynuacją rundy z Dahau w ramach WTO. Jednocześnie, przywódcy zdecydowali się na umocnienie pozycji MFW oraz Banku Światowego. Te dwie instytucje będą odpowiedzialne za implementację planu zaakceptowanego przez przywódców G-20.

Czołowe kraje UE – Niemy i Francja nie zgodziły się na wprowadzenie u siebie takich planów stymulacyjnych jak proponował Obama. Oni wolą nie ingerować w gospodarkę, tym bardziej że nie mogą się bezgraniczne zadłużać. Z kolei, Chinom nie udało się zmienić pozycji dolara jako najważniejszej waluty świata.

Niestety, przywódcy nie rozwiązali podstawowego problemu systemu bankowego, jakim jest zadłużenie. Dopóki ludzie będą zadłużeni i nie będą w stanie obsługiwać kredytów hipotecznych, dopóty dalej będziemy mieli te toksyczne instrumenty w systemie. A zatem, nadal rozwiązania pochodzące z G-20 są dla Wall Street, a nie dla Main Street. Moim zdaniem, należy te wielkie kwoty przeznaczyć na oddłużenie zwykłych kredytobiorców, a nie banków lub podobnych instytucji finansowych. W ten sposób, ludzie nie będą zadłużeni, banki otrzymają pieniądze, które spowodują, że znikną toksyczne instrumenty z ich księgi. To z kolei spowoduje poprawę ich sytuacji finansowej, a zatem i rating. Z kolei to poprawi ich zdolność kredytową na rynku międzybankowym doprowadzając do pojawienia się rynku kredytowego dla ludzi z Main Street.

A zatem, na szczycie G-20 udało się rozwiązać problemy długoterminowe poprzez kreowanie nowego ładu ekonomicznego, charakteryzującego się zakończeniem Washington Consensus i pojawieniem się tego, co Premier Brown nazwał „managed globalization”, co należy rozumieć jako „globalizację sterowaną”. To oznacza, że globalizacja dalej będzie następować, ale tym razem z większym udziałem organów kontroli państwowej. Jednocześnie nie udało się przywódcom rozwiązać krótkoterminowych problemów, jakimi są przywrócenie zaufania w systemie bankowym, spadek produktywności, globalnej, bezrobocie oraz zabójcze zadłużenia hipoteczne.

Końcowa wypowiedź Premiera Gordona jest zachęcająca, dlatego że powiedział, iż przywódcy G-20 spotkają się jeszcze w tym roku, aby sprawdzić osiągany postęp podjętych działań. Oby było coś jeszcze do ratowania w gospodarce światowej.

 

2008-10-12 20:49

Czyżby powrót do właściwych relacji gospodarczych?

Wydarzenia na rynkach światowych w ostatnim czasie zmuszają nas do analizy i odpowiedzi na pytanie: co właściwie się stało ze wszystkimi indeksami, cenami produktów czy relacjami gospodarczymi, które są w trendzie spadkowym? Duże i od lat uważane za ostoję gospodarczą świata podmioty, stoją na krawędzi bankructwa lub już zbankrutowały? Może to, co się dzieje jest przykładem działania cyklu koniunkturalnego, przebiegającego w sposób sinusoidalny?

Nie ulega wątpliwości, że skutki obecnych wydarzeń będą długofalowe i wielo-zmienne: zobaczymy znikanie oraz pojawienie się nowych fortun, skończy się liberalizm gospodarczy polegający na tym, że rynek jest w stanie dokonać samoregulacji. Jednocześnie prywatyzacja nie będzie już panaceum na wszystkie problemy w przedsiębiorstwach (nawet w gospodarce). Zobaczmy większy udział państwa w gospodarce, a w szczególności powrót do zapomnianej podstawowej roli banku centralnego, jakim jest lender of last resort.

Dziś wszyscy zastanawiają się nad tym, co się stało i kto jest winien zaistnienia tych problemów. Otóż uważam, że wina leży po stronie USA, gdzie zaczęto traktować wszystkie działania gospodarcze w sposób typowo hazardowy. Tak można wytłumaczyć działania, które doprowadziły do kryzysu hipotecznego: Fed pod zarządem Alan’a Greenspan’a radykalnie obniżył stopy procentowe do poziomów minusowych, jeśli weźmie się pod uwagę ich realne wartości, (czyli po odliczeniu inflacji). Skoro stopy procentowe to cena pieniądza, to stał
się on tani i łatwo dostępny. W związku z tym zaczęto udzielać kredytów hipotecznych nawet tym ludziom, którzy nie mieli zdolności kredytowej. Krach na tym rynku był kwestią czasu. Z kolei poprzez pogoń za zyskiem i dążenie do osiągania coraz to wyższych wyników co roku (a zatem i wyższe bonusy), kolejne instytucje finansowe kreowały i oferowały rozmaite instrumenty finansowe na bazie kredytów hipotecznych o marnych podstawach. Z kolei ludzie, którzy zaciągali kredyty hipoteczne mieli wątpliwe zdolności kredytowe i groźba bezrobocia cały czas stała nad nimi, dlatego że większość prac, które mogli wykonać została wysłana za granicę w ramach outsourcingu czy business process offshoring.

Jednocześnie ceny surowców szły w górę, w szczególności ropy naftowej, która osiągała coraz to wyższe szczyty, aby zakończyć na poziomie USD 147 za baryłkę. Wyższe ceny surowców oznaczają wysokie koszty produkcji i chęć dalszego outsourcingu. Tymczasem, tak jak w latach 70-tych, kraje eksportujące ropę znowu mają ogromne środki i szukają możliwości inwestowania lub po prostu chcą wydawać te pieniądze. I chcą to zrobić w krajach Europejskich oraz w USA.
Te ostatnie dwa czynniki są mocne inflacjogenne, a zatem, należy podwyższać stopy procentowe, co zaczął robić nowy szef Fed Bernard Bernanke.

Ale podwyższenie stóp procentowych, radykalnie obniża zdolność kredytową ludzi, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne w USA – doprowadzając do niemożności ich obsługiwania i bankructwa. Fala bankructw kredytobiorców nie jest na rękę dla wielu banków, dlatego że banki obracają pieniędzmi a nie domami! Nadzwyczajne banki zaczęły tracić płynność finansową w formie reakcji łańcuchowej.

Na ile poszczególne banki są „umoczone” w tych transakcjach związanych z kredytami hipotecznymi, nie sposób dziś określić. W związku z tym spadło zaufanie wzajemne wśród banków i niechętnie pożyczają sobie pieniądze. W związku z tym stopa LIBOR idzie w górę, pomimo że banki centralne nie podwyższają, wręcz obniżają stopy procentowe! W związku z tym tak jak napisałem ostatnio na blogu, należy przywrócić zaufanie w systemie bankowym. To zaufanie nie może polegać na wpompowaniu USD 700 mld, lecz należy usunąć (wyczyszyć) wszystkie złe kredyty: zarówno te u zwykłego obywatela, jak i te, które zostały zaciągnięte
przez instytucje finansowe. Obecna sytuacja skończy się upadkiem kilku instytucji finansowych i zwiększeniem roli regulacji, – czyli należy wrócić do podstawowej roli banku centralnego jako lender of last resort, – czyli instytucja, która ratuje banki w sytuacjach kryzysowych, takich jak obecnie. Owszem, oznacza to wykorzystanie pieniędzy z budżetów poszczególnych państw, ale innych możliwości już nie ma. Z kolei, większy wpływ instytucji regulujących oznacza jednocześnie ograniczenie tempa i zakresu prywatyzacji i stwierdzenie, że rynek wszystko wyreguluje, pójdzie do lamusa. Zwiększony zakres regulacji oznacza dokonanie ograniczeń w zarobkach szefów instytucji finansowych oraz zwiększoną kontrolę i szerszy zakres działania audytorów. Sami audytorzy powinni podlegać kontroli instytucji regulacyjnych, co do wiarygodności ich kontroli w poszczególnych instytucjach finansowych.

A zatem, czyżby następował powrót do właściwych relacji w gospodarce, polegających na tym, że zarabiasz, dlatego, że coś „namacalnego” produkujesz lub oferujesz konkretną usługę? Dotychczas można było stworzyć bardzo ryzykowne instrumenty finansowe (wręcz o charakterze hazardowym) w celu osiągnięcia coraz to wyższych i nierealnych zysków. Tylko regulator państwowy może to zahamować, i pewnie zobaczymy coraz to większą rolę państwa w tym zakresie. Czas pokaże. Nie ulega wątpliwości, że w gospodarce światowej nastąpi
wiele zmian po tym kryzysie kredytowym.