Richard Mbewe

Z innej perspektywy

2010-08-25 22:43

Kryzys w Polsce? Tak, ale made in Poland.

Dla wnikliwego obserwatora naszej sceny społeczno-gospodarczej, rządowa zapowiedź podwyżki stawek podatku VAT (tuż po wyborach) nie jest żadnym zaskoczeniem. Pomińmy polityczno - kalendarzowe konotacje tej decyzji. Obecna dyskusja nad naprawą finansów państwa, ograniczona jest do sfery makro gdzie mówi się: obcinać tu, podwyższyć tam, przedłużyć tu, skrócić w tym miejscu, zwiększyć w innym, itd. Rządowi eksperci uważają, że podwyższenie podatków, a zwłaszcza VAT o jeden punkt procentowy spowoduje że dochody budżetowe wzrosną o około 5 miliardów złotych, i że będzie to wystarczającym zabiegiem, aby zażegnać kryzys. Kwota ta, stosunkowo niewielka, ma pozwolić na zachowanie deficytu budżetowego w tzw. bezpiecznych granicach. Ma też nas uchronić przed “greckim’’ czy też ,,hiszpańskim’’ scenariuszem. Nie wdając się w głębszą dyskusję nie mogę jednak nie dodać, że bez reform po stronie wydatków, na dłuższą metę, wspomnianych scenariuszy nie da się wykluczyć. Tym bardziej historia Polski po 1989 roku pokazuje, że żadna partia polityczna nie była i nie jest gotowa do wykonania tych bardzo potrzebnych reform. Teraz dochodzimy do kumulacji tych zaniechań i może to mieć katastrofalny skutek dla Polski.

Bardziej niepokoi mnie sytuacja na poziomie mikro. Tu podwyżka VAT-u może mieć bardziej przykre konsekwencje. Trzeba bowiem pamiętać, że sytuacja dających ponad 65 proc. PKB małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce już dziś jest często bardzo trudna ze względu na brak przede wszystkim kapitału obrotowego. Według raportu NBP opublikowanego na przełomie czerwca i lipca, banki zaostrzają politykę kredytową w stosunku do małych i średnich przedsiębiorstw, rosną koszty i zobowiązania, co prowadzi do utraty płynności finansowej przez wiele firm. Jak pokazują różne badania, w takiej sytuacji przedsiębiorstwa w pierwszej kolejności przestają regulować zobowiązania wobec innych podmiotów, potem ZUS i szeroko rozumianego budżetu, w tym i VAT. Później upadają i - tu koło się zamyka - budżet zamiast zyskać traci!. Na zasadzie efektu domina może dojść do kryzysu „made in poland’’. Obawiam się, że taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny.

Widzę wyjście z tej sytuacji jedynie poprzez ograniczenie wydatków budżetowych, zmianę w sposobie pobierania ZUS od firm, a zwłaszcza tych nowo powstałych, wyrównanie KRUS i ZUS, wprowadzenie budżetu zadaniowego z efektywnym poziomem zatrudnienia i co najważniejsze zmianę konstytucji, która wymusza na rządzie utrzymanie pewnych wydatków, pomimo że przestały odpowiadać obecnej sytuacji gospodarczej w Polsce. Ale to jest już  bardzo trudne zadanie polityczne i pozostaje nam tylko opatrzność, by zapobiec kryzysowi w Polsce.

 

 

 

2010-06-20 19:04

Gospodarka: wynik wyborów prezydenckich nic nie zmieni

 Jak pokazują ostatnie dane polska gospodarka ma się zupełnie dobrze w porównaniu do innych gospodarek europejskich. Póki co grecki scenariusz nam nie grozi zwłaszcza, że dość szybko (po smoleńskiej tragedii) uporano się z obsadą wakującego stanowiska prezesa NBP. To dobrze rokuje na przyszłość choć trzeba mieć świadomość, że nawet najlepszy czy raczej najbardziej kompetentny prezes banku centralnego sam, bez Rady Polityki Pieniężnej, nie wiele może zdziałać!

Nie sądzę by przyśpieszone wybory prezydenckie i ich wynik mogły mieć jakiś jednoznacznie negatywny lub pozytywny skutek dla polskiej gospodarki. Podczas krótkiej kampanii wyborczej od żadnego z kandydatów nie usłyszeliśmy choćby szczątkowego zarysu jakiegoś programu gospodarczego. Myślę więc, że to kto zostanie prezydentem dla gospodarki pozostanie bez znaczenia.  Co innego powódź.  Jej znaczne rozmiary spowodowały ogromne zniszczenia i straty zarówno w infrastrukturze jak i w szeroko rozumianej gospodarce. Na przykład w rolnictwie. Można bez większego ryzyka domniemać, że ceny płodów rolnych pójdą jeszcze bardziej w górę, co nie pozostanie bez wpływu na poziom inflacji.  Warto przypomnieć, że w polskim koszyku inflacyjnym ceny żywności mają znaczący udział. Może być zatem z tym problem choć przedstawiciele rządu, w tym zwłaszcza minister rolnictwa, uspakajają. Presja inflacyjna będzie jednak spora. Natomiast jej konsekwencją będzie zaostrzenia polityki monetarnej, wzrost stóp procentowych i tym samym kosztów pieniądza oraz mniejsza jego podaż na rynku. Jaki wpływ na gospodarkę ma brak pieniądza już w tym miejscu mówiliśmy kilkakrotnie. Trzeba zatem zrobić wszystko co możliwe, by w gospodarczym krwioobiegu właśnie pieniądza nie zabrakło!

Można w tej kwestii sięgnąć do Funduszy Europejskich. Zresztą ze strony Premiera padły już takie deklaracje. Likwidowanie skutków powodzi ma być w sporej części współfinansowane z unijnej kasy. Pozostaje tylko problem sensownego wydatkowania tych środków. W oparciu o kalkulacje ekonomiczne, a nie polityczne jak to niegdyś bywało.

W obliczu kataklizmu jakim niewątpliwie była i jest powódź nie można też zapomnieć o tych programach, które są aktualnie realizowane. Tylko, bowiem terminowa ich realizacja daje gwarancję przypływu kolejnych funduszy.

2009-07-10 9:44

Podatek liniowy: ostrożności nigdy za wiele

Według informacji prasowych, Pan Rzecznik Praw Obywatelskich – dr Janusz Kochanowski, chce zaskarżyć obecnie obowiązujący system podatkowy do Trybunału Konstytucyjnego, jako niesprawiedliwy, a zatem, niezgodny z konstytucją. Obecny system progresywny klasyfikuje ludzi według rocznych dochodów i w zależności od osiągniętych dochodów, płacą oni różne poziomy podatków, czyli obecnie 18% i 32%. Wiele osób uważa ten system za niesprawiedliwy.
O ile kibicuję Panu Rzecznikowi, dlatego że wprowadzenie podatku liniowego właśnie zapewnia równość obywateli w zapewnieniu państwu dochodów, o tyle jestem przeciwnikiem wprowadzenia zmian w tej chwili, dlatego że może to spowodować fatalne skutki społeczne w takim kraju jak Polska. Konstytucja mówi o równości wobec prawa i państwa wszystkich jego obywateli. A zatem, wprowadzając podatek liniowy na poziomie, na przykład 10%, szwaczka która zarabia 1000 zł miesięczne może zapłacić 100 zł, a tymczasem prezes banku który zarabia 800 000 zł zapłaci 80 000. A zatem i tak ten który zarabia dużo, zapłaci proporcjonalnie więcej i jest to sprawiedliwy!.
Natomiast problem polega na tym że wiele osób w Polsce „żyje na garnuszku” państwa - mam na myśli ludzi bezrobotnych, emerytów, rencistów, ludzi korzystających z funduszu alimentacyjnego i innych. Trudno znaleźć dokładne dane, ale w 2006r, około 94% podatników w Polsce płaciło najniższy podatek, tylko około 0,5% płaciło najwyższą stawkę jaka wtedy była, czyli 40%. W zasadzie, to jest „ukryty” podatkiem liniowym .Po drugie, tuż po jego wprowadzeniu, podatek liniowy doprowadza do ubytku dochodów państwa. Przykład i problemy Łotwy stanowią dowód na tę tezę. Oznacza to, że wprowadzenie podatku liniowego powinno nastąpić z jednoczesnym wzrostem możliwości wielostronnego zarabiania oraz przedłużenia wieku emerytalnego, czyli krótko mówiąc: należy jednocześnie zminimalizować wszystko to co może obciążyć budżet państwa. W obecnej globalnej sytuacji gospodarczej, jest to niemożliwe.
Po trzecie, w społeczeństwach krajów EU-10 do których należy Polska, pomimo że są członkami Unii Europejskiej, jednak nadal pokutuje u nich podejście socjalistyczne polegające na tym, że większość przyjmuje postawę roszczeniową wobec państwa. Jak czegoś nie mam, państwo to mi zapewni lub powinno mi pomóc wyjść z tych tarapatów. Bardzo to wyraźnie widać w sposobie działania związków zawodowych. Tymczasem, ci sami tzw. „słabi” zapomnieli, że żyjemy w kapitalizmie, gdzie każdy żyje dla siebie, a Bóg dla nas wszystkich!
A zatem, kibicując Panu Rzecznikowi, pamiętajmy o tym, aby ustalić poziom podatku liniowego na takim poziomie, który zapewni budżetowi państwa odpowiednie dochody, aby łożyć na utrzymanie tych najuboższych lub „słabych” jak ktoś woli. Zresztą w Sejmie takie zmiany mogą napotkać utrudnienie w postaci posłów, którzy będą mówić o redystrybucji bogactwa kraju i przez to pozyskiwać kapitał polityczny.

2009-06-24 9:54

Gospodarka na zakręcie

Polska gospodarka notuje spadek wzrostu gospodarczego i jak zwykle szuka się winnego. W dobie globalizacji trudno jest wskazać kogoś takiego, dlatego że mamy do czynienia z masową otwartością gospodarczą w skali światowej. A zatem, kryzys w Stanach trwa od 2007 i należało zdawać sobie sprawę, że prędzej czy później dotrze do Polski: przeważnie poprzez powiązania gospodarcze: głównym partnerem handlowym USA jest UE. Głównym partnerem handlowym Polski jest UE. Jeśli USA ma kłopoty, też UE ma a w związku z tym i Polska będzie miała. Stąd wniosek że problemy globalne musiały w ten sposób dotrzeć do Polski: kwestią było tylko - kiedy i w jakim rozmiarze?
O ile na jesieni zeszłego roku mówiłem publicznie, że rząd nie powinien reagować na spadek giełdowy (14% spadek indeksu WIG w ciągu jednego dnia w październiku 2008), o tyle jednocześnie rząd powinien mieć plan B na wszelki wypadek. Z przykrością dziś możemy powiedzieć, że takiego planu nie miał. A były sygnały, że sytuacja będzie coraz gorsza, bo na początku tego roku wybuchła sprawa o niewypłacalności MON. Obwiniono różnych urzędników za niewypełnienie obowiązków. Problem rozeszło się po kościach, bo nie było wiadomo, czy wina po stronie MON, który nie przygotował odpowiedniej dokumentacji, czy po stronie MF które po prostu nie miało pieniędzy.
Tymczasem, sytuacja w bankach stawała się coraz gorsza (ograniczenie akcji kredytowej, podwyższenie wymagań przy udzielaniu kredytów, zaostrzenie warunków obsługi kredytów, ograniczenie liczby pracowników, spadek poziomu funduszy własnych, itd). Jednocześnie, przedsiębiorcy zaczęli dmuchać na zimne (czytaj: ograniczać działania) i masowo zwalniali pracowników. Z kolei, przedsiębiorcy tracili płynność finansową i pojawiły się zatory płatnicze, na czele których było niepłacenie podatków, a zwłaszcza VAT. Warto zauważyć, że VAT stanowi podstawowe źródło dochodów podatkowych dla budżetu i w związku z tym doprowadziło to do spadku dochodów do budżetu i lawinowo wzrósł deficyt budżetowy.
Stara maksyma mówi, że w czasie kryzysu gospodarczego rząd powinien ożywiać gospodarkę poprzez zwiększenie inwestycji centralnych, w tym i robót publicznych. Jest wiele projektów do realizacji pod tym względem w Polsce: rozbudowa infrastruktury, autostrady, Euro 2012, itd. Problem w tym, że brakuje pieniędzy z powodu kryzysu lub źle ustawiono priorytety w czasach spokojnych. Natomiast zapomina się o tym że Polska ma ponad 67 mld euro w ramach budżetu unijnego 2007 – 2013. To może być podstawowym źródłem pieniędzy do sfinansowania inwestycji centralnych, które jednocześnie mogą napędzać koniunkturę w kraju.
Jednak nadchodzi czas wakacji. W związku z tym, wszyscy rozjadą się na wakacje i po wakacjach dopiero będzie się działo. Wówczas rozmiar problemów sektora bankowego wyjdzie na jaw. Gwarancje rządowe dla systemu bankowego okażą się niewystarczające. Kredytobiorcy już nie będą w stanie obsługiwać kredytów na bieżąco. Rozpoczęta wojna o depozyty zakończy się fiaskiem, dlatego że banki nie będą mieć z czego zapłacić odsetek od tych depozytów, ponieważ jednocześnie nie jest prowadzona akcja kredytowa. Taki scenariusz zakończy się załamaniem w bankach jak i w gospodarce.
Tymczasem, problemy gospodarcze Łotwy pokazują, że one miały korzenie w trzech źródłach: po pierwsze to wprowadzenie podatku liniowego na nieodpowiednim poziomie (takim, który zapewni dochody budżetowe), po drugie to umocowanie lokalnej waluty – lat do euro i po trzecie to brak spójnej policy mix w kręgach rządowych. Na szczęścia takich problemów Polska nie ma. Tu mogą być problemy innego typu: majsterkowanie przy podatku, nadmierna biurokracja przy funduszach UE oraz brak decyzji politycznych w celu realizacji nadzwyczajnych zadań. Natomiast ostrzegałbym przed majsterkowaniem przy podatkach, dlatego że to może radykalnie zmniejszyć dochody budżetowe (poprzez zwiększenie szarej strefy). Raczej niech ministrowie radykalnie zmniejszą wymagania przy pozyskiwaniu funduszy z UE. Ba, proponuję aby nawet premier lub prezydent zarządził dekrety w tych sprawach, celem skrócenia drogi pozyskiwania funduszy czy ograniczania możliwości zaskarżania decyzji przez przegranych czy pseudo-ekologów.
W czasie kryzysu należy zmniejszyć wydatki lub zwiększyć dochody – cudów nie ma. Obydwa kroki wymagają niepopularnych i odważnych decyzji. Czy istnieje wola polityczna aby czegoś takiego dokonać?

2009-06-03 9:21

Gospodarka Polski – jak wyjść z marazmu.

Od pół roku w różnych mediach wyrażałem swoje realne oceny dotyczące możliwości wzrostu PKB w 2009 roku. Uważałem optymistycznie, że w 2009 roku w przeciwieństwie do bogatych gospodarek tzw. Starej Unii, gdzie mamy do czynienia z recesją, będziemy mieli wzrost PKB na poziomie do 3,5 %. Była to sprzeczna opinia wobec ogólnie wygłaszanych przez innych ekonomistów, którzy wieszczyli u nas gospodarczą katastrofę itp. jednym tchem dodając, że rząd nic w tej sprawie nie robi. W kwestii działań, a raczej zaniechać Rządu RP i ja nie byłem bezkrytyczny.

Tymczasem z końcem maja br, media ,,odtrąbiły’’ sukces. W pierwszym kwartale 2009, mieliśmy wzrost PKB o 0,8 %. Wskaźnik ten pokazuje, że jeśli w swych prognozach się pomyliłem, to bardzo niewiele. Nadal pozostając optymistą albowiem sądzę, że na koniec roku osiągniemy od 1,7 do 2,5 %. Na tle innych krajów UE, to jest sukces, choć mógłby być on większy. W tym miejscu przypomnę swoje krytyczne zdanie na temat braku działań ze strony rządu w zakresie łagodzenia społecznych skutków kryzysu światowego z wykorzystaniem funduszy europejskich. Przypomnę, że w budżecie UE na lata 2007 –2013 mamy około 69 miliardów euro, z których jak donoszą media, wykorzystaliśmy dotąd około 3%. Jeśli to prawda, choć z różnych stron płyną różne dane, to sukcesem nie jest. Statystycznie rzecz ujmując, co roku z budżetu UE winniśmy zaciągać około 9,8 miliardów euro. Skoro ten budżet obowiązuje od 2007, tzn. już powinniśmy mieć pozyskanych około 20 mld euro lub co najmniej 80 mld złotych. Ile pozyskamy w tym roku? Rząd optymistycznie zapowiada, że około 20 miliardów złotych, ale moim zdaniem to za mało. Nie wystarczy też ,,pakiet antykryzysowy’’. Do tego należało by dodać inwestycje związane z Euro 2012, co do których już wiadomo że co najmniej 70% z nich nie zdążymy realizować, a zawłaszcza tych związanych z autostradami. Wiele firm nadal pozostaje na skraju bankructwa i rośnie bezrobocie. To bardzo negatywne zjawiska wynikające z sytuacji światowej.

Uważałem i nadal tak uważam, że polska gospodarka może się dalej rozwijać stosunkowo lepiej niż inne kraje UE, ale jedynie poprzez inwestycje oraz roboty publiczne. Mamy finansowanie z UE i projekty również. Apelowałem więc do rządzących i przy tym pozostaję, by z pomocą funduszy europejskich uruchomić jak najwięcej projektów publicznych. Nawet jeśli wymagać to będzie wydawania w tej sprawie dekretów przez prezydenta czy premiera! Należy szybciej i mądrzej wydawać unijne środki. Bo tylko w ten sposób można wyjść z ,,kryzysu’’ zwycięsko, bez większych społecznych strat.

 

2009-06-01 18:51

Kto uratuje polski oddział Opla ?

Dziś po południu czasu amerykańskiego, General Motors ogłosił bankructwo i poprosił o ochronę powołując się na Chapter 11. W ten sposób droga jest otwarta do rozkawałkowania tego gigantycznego koncernu, który miał pod swoją kontrolą takie marki samochodowe jak Opel, Vauxhall, Saab, Holden, Daewoo, itd.  Cały świat skupiony jest na fakcie, że niemiecka część GM, czyli Opel został wykupiony przez konsorcjum składające się z kanadyjskiego producenta części samochodowych – Magna, rosyjskiego producenta samochodów – GAZ oraz rosyjskiego Banku – Sbierbank. To konsorcjum jest zainteresowane czterema zakładami Opla w Niemczech. Jednocześnie konsorcjum dostało pomoc państwową z rządu niemieckiego w kwocie 1,5 mld euro w formie gwarancji oraz 350 mln w formie różnej pomocy. Celem tych działań jest ratowanie miejsc pracy w Niemczech, podczas gdy dla Rosjan to kolejna okazja na ekspansję gospodarczą na zachodzie. Tymczasem nie ma mowy o ratowaniu 8,5 tyś miejsc pracy w zakładach Opla poza granicami Niemiec, w tym i w Polsce.

Interesuje mnie los fabryki Opla w Polsce, czyli w Gliwicach i w Tychach, a zwłaszcza miejsca pracy, które zostaną utracone w wyniku tej transakcji. Oczywistym rozwiązaniem byłoby przejęcie fabryki (maszyny i załoga) przez Polską grupę kapitałową. Może to być kapitał państwowy lub prywatny.

Okazuje się, że w Polsce, to nie takie proste. Praktycznie NIE istnieją możliwości ratowania takiego zakładu przez Skarb Państwa, dlatego że albo nie ma pieniędzy, albo jest to niewłaściwa ingerencja w rynek. Tymczasem, rynek umarł naturalną śmiercią  razem z pojawieniem się kryzysu globalnego w ostatnim roku. Teraz państwo odgrywa rolę instytucji naprawiającej rynek poprzez ratowanie bankrutujących firm, czy też jako regulator rynku. Z kolei sektor prywatny nie pomoże, bo się boi nagonki polityczno-prokuratorskiej lub popadł w niełaskę zarówno polityczną jak i społeczną. A zatem, albo działa poza granicami Polski, albo nie będzie w stanie zorganizować konsorcjum, które może uratować Opla w Gliwicach.

Taka sytuacja trwa od ponad 20 lat i doprowadziła do tego, że nawet rozsądne rozwiązanie, jakim było by połączenie PZU oraz PKO BP (byłem i jestem zwolennikiem tego) nie zostało zrealizowane. Wyobraźcie sobie Państwo, jaka byłaby sytuacja na rynku kredytowym dziś, gdyby istniała narodowa instytucja finansowa, która działa na rzecz polskich firm i polskiego rynku! Pozostaje pytanie: dlaczego rząd nie zajął stanowiska w sprawie losu Opla w Gliwicach/Tychach? Uważam, że powstaje niepowtarzalna okazja, aby ożywić polski przemysł motoryzacyjny! Nawet jeśli Polska nie ma gotowego modelu samochodowego do produkcji, na świecie jest wielu inwestorów (chociażby chińczycy), którzy chcieliby zaistnieć na rynku EU na bazie wykształconej i doświadczonej kadry oraz majątku w Gliwicach/Tychach. Uważam, że jeszcze nic straconego, bo można jeszcze uratować zakłady w Polsce i na ich bazie zbudować coś nowego i polskiego.

 

2009-04-02 21:08

Szczyt G-20 – fundamenty nowego ładu ekonomicznego?

Szczyt G-20 w Londynie zakończył się. Był to szczyt powołany po to, aby rozwiązać obecne problemy gospodarcze świata. Na zakończenie tego szczytu, przewodniczący Premier Gordon Brown ogłosił sukces tego spotkania podkreślając, że szczyt postanowił zakończyć erę Washington Consensus. Washington Consensus to zestaw zaleceń jak wyjść z zacofania gospodarczego i doprowadzić do rozwoju. Zasady te powstały w latach 1980-tych, aby zapewnić USA, że na ich podwórku (Ameryka Łacińska) nie rozrośnie się komunizm. Po upadku muru berlińskiego i przyjęciu gospodarki rynkowej przez kraje byłego bloku wschodniego, w tym i Polskę, zasady Washington consensus, zaaplikowano i tu. W zasadzie Washington Consensus polega na tym, że nie ma interwencji państwowej w gospodarce, w gospodarce panują mechanizmy rynkowe, prywatyzacja gospodarki, istnieje kontrola budżetowa poprzez ograniczenie poziomu deficytu oraz długu publicznego. Innym zaleceniem Washington Consensus jest utrzymanie wysokich stóp procentowych (aby zwiększyć wartość pieniądza), nie dopuszczenie do wzrostu inflacji, nie ma ograniczeń w wywozie i przywozie kapitału (a w szczególności dewiz), krótko-mówiąc: pełny liberalizm w gospodarce w skali światowej. W ten sposób, właśnie dzisiaj Premier Brown poinformował o zmierzchu bezgranicznego kapitalizmu w wydaniu Reaganomics czy Thatcherism.

Co nastąpi teraz? Brown powiedział, że będzie większa kontrola rynku, zwłaszcza rajów podatkowych, które mają znikać razem z tajemnicą bankową. Przywódcy zalecili OECD, aby ujawniło nazwy krajów na świecie, które są uznawane za raje podatkowe!. Rynek będzie bardziej uregulowany, a zwłaszcza rynek finansowy i w związku z tym, działania agencji ratingowych będą też podlegać kontroli organu nadzorczego. Poza tym, szefowie banków nie będą sobie przyznawać premii w przypadku, kiedy ich bank poniósł straty!. Zostaną wprowadzone nowe zasady księgowości, które wprowadzą mechanizmy wczesnego ostrzegania przed nadchodzącymi kryzysami! Premier Brown dodał, że będą poważne sankcje wobec tych krajów, które nie zastosują tych zasad! Po drugie, przywódcy uzgodnili wpompowanie w gospodarkę pakietu stymulacyjnego w wysokości $ 5 bilionów (pięć tysięcy miliardów) na to, aby oczyścić system finansowy, ożywić gospodarkę oraz kreować nowe miejsca pracy. Między innymi te pieniądze mają być przeznaczone na ratowanie krajów, które są na krawędzi bankructwa, takich jak Grecja, Węgry czy kraje nadbałtyckie. Mają one dostać około $ 60 mld, które to niemiecka kanclerz Merkel uznała za swój sukces. Tymczasem inne kraje rozwijające się, a zwłaszcza kraje afrykańskie mają zadowolić się $50 mld w ramach ożywienia handlu. Na te działania G-20 przeznaczył w sumie $ 250 mld. Te pieniądze mają być przyznane w ramach nowych negocjacji będących kontynuacją rundy z Dahau w ramach WTO. Jednocześnie, przywódcy zdecydowali się na umocnienie pozycji MFW oraz Banku Światowego. Te dwie instytucje będą odpowiedzialne za implementację planu zaakceptowanego przez przywódców G-20.

Czołowe kraje UE – Niemy i Francja nie zgodziły się na wprowadzenie u siebie takich planów stymulacyjnych jak proponował Obama. Oni wolą nie ingerować w gospodarkę, tym bardziej że nie mogą się bezgraniczne zadłużać. Z kolei, Chinom nie udało się zmienić pozycji dolara jako najważniejszej waluty świata.

Niestety, przywódcy nie rozwiązali podstawowego problemu systemu bankowego, jakim jest zadłużenie. Dopóki ludzie będą zadłużeni i nie będą w stanie obsługiwać kredytów hipotecznych, dopóty dalej będziemy mieli te toksyczne instrumenty w systemie. A zatem, nadal rozwiązania pochodzące z G-20 są dla Wall Street, a nie dla Main Street. Moim zdaniem, należy te wielkie kwoty przeznaczyć na oddłużenie zwykłych kredytobiorców, a nie banków lub podobnych instytucji finansowych. W ten sposób, ludzie nie będą zadłużeni, banki otrzymają pieniądze, które spowodują, że znikną toksyczne instrumenty z ich księgi. To z kolei spowoduje poprawę ich sytuacji finansowej, a zatem i rating. Z kolei to poprawi ich zdolność kredytową na rynku międzybankowym doprowadzając do pojawienia się rynku kredytowego dla ludzi z Main Street.

A zatem, na szczycie G-20 udało się rozwiązać problemy długoterminowe poprzez kreowanie nowego ładu ekonomicznego, charakteryzującego się zakończeniem Washington Consensus i pojawieniem się tego, co Premier Brown nazwał „managed globalization”, co należy rozumieć jako „globalizację sterowaną”. To oznacza, że globalizacja dalej będzie następować, ale tym razem z większym udziałem organów kontroli państwowej. Jednocześnie nie udało się przywódcom rozwiązać krótkoterminowych problemów, jakimi są przywrócenie zaufania w systemie bankowym, spadek produktywności, globalnej, bezrobocie oraz zabójcze zadłużenia hipoteczne.

Końcowa wypowiedź Premiera Gordona jest zachęcająca, dlatego że powiedział, iż przywódcy G-20 spotkają się jeszcze w tym roku, aby sprawdzić osiągany postęp podjętych działań. Oby było coś jeszcze do ratowania w gospodarce światowej.

 

2008-10-12 20:49

Czyżby powrót do właściwych relacji gospodarczych?

Wydarzenia na rynkach światowych w ostatnim czasie zmuszają nas do analizy i odpowiedzi na pytanie: co właściwie się stało ze wszystkimi indeksami, cenami produktów czy relacjami gospodarczymi, które są w trendzie spadkowym? Duże i od lat uważane za ostoję gospodarczą świata podmioty, stoją na krawędzi bankructwa lub już zbankrutowały? Może to, co się dzieje jest przykładem działania cyklu koniunkturalnego, przebiegającego w sposób sinusoidalny?

Nie ulega wątpliwości, że skutki obecnych wydarzeń będą długofalowe i wielo-zmienne: zobaczymy znikanie oraz pojawienie się nowych fortun, skończy się liberalizm gospodarczy polegający na tym, że rynek jest w stanie dokonać samoregulacji. Jednocześnie prywatyzacja nie będzie już panaceum na wszystkie problemy w przedsiębiorstwach (nawet w gospodarce). Zobaczmy większy udział państwa w gospodarce, a w szczególności powrót do zapomnianej podstawowej roli banku centralnego, jakim jest lender of last resort.

Dziś wszyscy zastanawiają się nad tym, co się stało i kto jest winien zaistnienia tych problemów. Otóż uważam, że wina leży po stronie USA, gdzie zaczęto traktować wszystkie działania gospodarcze w sposób typowo hazardowy. Tak można wytłumaczyć działania, które doprowadziły do kryzysu hipotecznego: Fed pod zarządem Alan’a Greenspan’a radykalnie obniżył stopy procentowe do poziomów minusowych, jeśli weźmie się pod uwagę ich realne wartości, (czyli po odliczeniu inflacji). Skoro stopy procentowe to cena pieniądza, to stał
się on tani i łatwo dostępny. W związku z tym zaczęto udzielać kredytów hipotecznych nawet tym ludziom, którzy nie mieli zdolności kredytowej. Krach na tym rynku był kwestią czasu. Z kolei poprzez pogoń za zyskiem i dążenie do osiągania coraz to wyższych wyników co roku (a zatem i wyższe bonusy), kolejne instytucje finansowe kreowały i oferowały rozmaite instrumenty finansowe na bazie kredytów hipotecznych o marnych podstawach. Z kolei ludzie, którzy zaciągali kredyty hipoteczne mieli wątpliwe zdolności kredytowe i groźba bezrobocia cały czas stała nad nimi, dlatego że większość prac, które mogli wykonać została wysłana za granicę w ramach outsourcingu czy business process offshoring.

Jednocześnie ceny surowców szły w górę, w szczególności ropy naftowej, która osiągała coraz to wyższe szczyty, aby zakończyć na poziomie USD 147 za baryłkę. Wyższe ceny surowców oznaczają wysokie koszty produkcji i chęć dalszego outsourcingu. Tymczasem, tak jak w latach 70-tych, kraje eksportujące ropę znowu mają ogromne środki i szukają możliwości inwestowania lub po prostu chcą wydawać te pieniądze. I chcą to zrobić w krajach Europejskich oraz w USA.
Te ostatnie dwa czynniki są mocne inflacjogenne, a zatem, należy podwyższać stopy procentowe, co zaczął robić nowy szef Fed Bernard Bernanke.

Ale podwyższenie stóp procentowych, radykalnie obniża zdolność kredytową ludzi, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne w USA – doprowadzając do niemożności ich obsługiwania i bankructwa. Fala bankructw kredytobiorców nie jest na rękę dla wielu banków, dlatego że banki obracają pieniędzmi a nie domami! Nadzwyczajne banki zaczęły tracić płynność finansową w formie reakcji łańcuchowej.

Na ile poszczególne banki są „umoczone” w tych transakcjach związanych z kredytami hipotecznymi, nie sposób dziś określić. W związku z tym spadło zaufanie wzajemne wśród banków i niechętnie pożyczają sobie pieniądze. W związku z tym stopa LIBOR idzie w górę, pomimo że banki centralne nie podwyższają, wręcz obniżają stopy procentowe! W związku z tym tak jak napisałem ostatnio na blogu, należy przywrócić zaufanie w systemie bankowym. To zaufanie nie może polegać na wpompowaniu USD 700 mld, lecz należy usunąć (wyczyszyć) wszystkie złe kredyty: zarówno te u zwykłego obywatela, jak i te, które zostały zaciągnięte
przez instytucje finansowe. Obecna sytuacja skończy się upadkiem kilku instytucji finansowych i zwiększeniem roli regulacji, – czyli należy wrócić do podstawowej roli banku centralnego jako lender of last resort, – czyli instytucja, która ratuje banki w sytuacjach kryzysowych, takich jak obecnie. Owszem, oznacza to wykorzystanie pieniędzy z budżetów poszczególnych państw, ale innych możliwości już nie ma. Z kolei, większy wpływ instytucji regulujących oznacza jednocześnie ograniczenie tempa i zakresu prywatyzacji i stwierdzenie, że rynek wszystko wyreguluje, pójdzie do lamusa. Zwiększony zakres regulacji oznacza dokonanie ograniczeń w zarobkach szefów instytucji finansowych oraz zwiększoną kontrolę i szerszy zakres działania audytorów. Sami audytorzy powinni podlegać kontroli instytucji regulacyjnych, co do wiarygodności ich kontroli w poszczególnych instytucjach finansowych.

A zatem, czyżby następował powrót do właściwych relacji w gospodarce, polegających na tym, że zarabiasz, dlatego, że coś „namacalnego” produkujesz lub oferujesz konkretną usługę? Dotychczas można było stworzyć bardzo ryzykowne instrumenty finansowe (wręcz o charakterze hazardowym) w celu osiągnięcia coraz to wyższych i nierealnych zysków. Tylko regulator państwowy może to zahamować, i pewnie zobaczymy coraz to większą rolę państwa w tym zakresie. Czas pokaże. Nie ulega wątpliwości, że w gospodarce światowej nastąpi
wiele zmian po tym kryzysie kredytowym.

2008-09-16 22:07

Kwestia zaufania leży u postaw obecnego kryzysu finansowego na świecie.

Cały świat dzisiaj przeżywa kryzys finansowy, a różni analitycy upatrują jego przyczyn w różnych wydarzeniach, jak: kryzys nieruchomości w USA, wysokie ceny ropy i innych surowców energetycznych czy recesja, która grozi USA od paru kwartałów. Do tego można jeszcze zaliczyć przegrzanie gospodarki Chin. Tak czy owak, uważam, że podstawowym powodem obecnego kryzysu finansowego jest brak zaufania wśród i do instytucji działających na tym rynku.

Otóż cały system finansowy na świecie jest oparty na zaufaniu: klienci banków depozytowych powierzają bankowi swoje oszczędności mając zaufanie, że bank źle nie rozporządzi tymi środkami i po jakimś czasie zwróci im z oprocentowaniem. Klienci banków udzielających kredytów mają zaufanie do banku, że nie wypowie im kredytu przed upływem okresu kredytowania. Tak samo jak bank ma zaufanie, że kredytobiorcy spłacą kredyt w umówionym terminie. Z kolei towarzystwo ubezpieczeniowe pobiera składki licząc na to, że nie wydarzy się to zdarzenie, przed którym ubezpiecza. Jednocześnie klient towarzystwa ma zaufanie, że jeśli wydarzy się to wydarzenie, przed którym się ubezpieczył, towarzystwo wypłaci jemu lub jego rodzinie odszkodowanie. Przykłady można mnożyć.

A zatem cały system finansowy będąc opartym na zaufaniu, został zmieniony na skutek kryzysu nieruchomości w USA. Po prostu spadło zaufanie między instytucjami działającymi na rynku, dlatego że nie sposób określić, „która instytucja finansowa na ile jest umoczona?!” Tym bardziej, że okazało się, iż wielkie światowe instytucje finansowe jak UBS, Citigroup, Bear Stearns, Merrill Lynch, Lehman Brothers, AIG itd, itd., mają dużo do ukrycia, w szczególności „złych kredytów hipotecznych oraz/lub instrumentów finansowych opartych na tychże hipotekach”.

Po drugie, wszystkie instytucje miały nieograniczony zapęd do osiągania coraz to wyższych zysków. Niestety, rynek ma swoje ograniczenia, zgodnie z cyklem koniunkturalnym, który ma kształt sinusoidalny, czyli raz w górę, raz w dół. Zarządzający w tych instytucjach nie mogli znaleźć nowych sposobów zarabiania i zaczęli wymyślać „egzotyczne” instrumenty finansowe oraz poluzowali warunki ich udzielania. Poprawiło to wynik finansowy instytucji, ale naraziło te same instytucje na bardzo wysokie ryzyko utraty płynności finansowej, w razie niewypłacalności tych, którzy kupili te instrumenty.

Poprzez globalizację i według starej maksymy, że kiedy USA kicha, Azja ma katar a Europa gorączkę, tym razem okazało się, że USA ma gorączkę!Skutki dla innych obszarów świata są katastrofalne.

Wyjście z tej sytuacji jest tylko jedno: zwrócić zaufanie do światowego systemu finansowego. Wymaga to działania koncertowego nie tylko banków centralnych, lecz i rządów. Działania rządów (a w szczególności rządu USA) polega jak na razie na wysyłaniu sprzecznych sygnałów do rynku: raz ratują Fannie May i Freddie Mac, ale nie ratuje Lehman Brothers! Nie wiadomo, jakie są kryteria ratowania pogrążonych instytucji.

Z kolei rządy europejskie na razie nie ingerują i to jest moim zdaniem zgodne z zasadami gospodarki wolnorynkowej, w przeciwieństwie do banków europejskich, (ECB i BoE), które działają, ale poprzez „wpompowanie gotówki” do systemu. Natomiast największym problemem będzie poprawienie nastrojów wśród zwykłych inwestorów, aby oni ponownie nabrali zaufania do systemu. Jednak to wymaga czasu liczonego w latach.

 

2008-07-20 19:18

Rzecz o ropie naftowej

Cena ropy naftowej, w ostatnim czasie osiągnęła niewyobrażalny poziom, jakim było US$ 147 za baryłkę. Dla porównania – na początku roku cena ropy oscylowała w granicach US$ 90. Pamiętam jak trzy lata temu, kiedy jeden z dziennikarzy pytał mnie, do jakiego poziomu dojdzie cena ropy. Wtedy była w granicach US$ 35 – 40. Wówczas powiedziałem, że prognozuje US$ 80 na koniec roku. Niezłe kłopoty miał ów dziennikarz ze swoim redaktorem naczelnym i właścicielami gazety, którzy zarzucali mu niedociągnięcia polegające na tym, że cytuje zwariowanych analityków! Dzisiaj mogę tylko zastanawiać się, kto był wtedy zwariowany?

Goldman Sachs prognozował przekroczenie granicy US$ 200 za baryłkę w połowie roku. Natomiast mamy również prognozy Prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza, który uważa, że na koniec roku, cena będzie na poziomie US$ 300 za baryłkę. Tę prognozę należy traktować poważnie, dlatego że Wenezuela jest członkiem OPEC – organizacji zrzeszającej kraje eksportujące ropę naftową. Tak czy inaczej, uważam że cena ropy naftowej pozostanie na wysokim poziomie z kilku ważnych powodów:

Po pierwsze: uważam, że mechanizmy rynkowe, na podstawie których powinna być ustalona cena baryłki ropy, zostały zachwiane przez niezdrowy związek między USA i Arabią Saudyjską. Jeden z nich, USA, jest największym konsumentem ropy naftowej, podczas gdy drugi jest największym producentem tego surowca. Alians tych krajów (oprócz faktu, że ten alians jest uważany za powód działań terrorystycznych przez ekstremistów islamskich) jest odpowiedzialny za wysoką cenę ropy, dlatego że jest w interesie obecnych rządzących w obu krajach, aby cena ropy była jak najwyższa.

Po drugie, spekulanci na rynkach finansowych (a zwłaszcza fundusze hedgingowe) wykorzystali ten niezdrowy alians i doprowadzili ceny do niewyobrażalnej granicy. Dla porównania, w 1988, cena ropy była US$ 8 za baryłkę! Spekulanci zarabiają krocie na ciągłych wahaniach ceny. Dlatego miedzy innymi widzimy różne tłumaczenia, dlaczego cena idzie w górę; a to strajkują robotnicy w Nigerii, a to Prezydent Chavez zagraża zaprzestaniem dostaw ropy do USA, a to zapasy ropy w USA w tym miesiącu radykalnie spadły, itd., itd.

Po trzecie: wzrasta konsumpcja ropy naftowej i produktów pochodnych, dlatego że poziom życia wzrasta w bogacących się krajach, a zwłaszcza w Rosji, Chinach, Indiach oraz Brazyli. Ale popyt z tych krajów nie jest na tyle duży, aby doprowadzić do wzrostu ceny na poziomie 1800% na przestrzeni 20 lat!

Czwarty powód: radykalny wzrost ceny ropy działa osłabiająco na wartość dolara na rynkach światowych, dlatego że większość konsumentów zaczyna szukać innych możliwości płacenia za ropę. Swoją drogą, nie rozumiem, dlaczego każdy kraj kupujący ropę musi płacić w dolarach i narażać się na ryzyko kursowe. To samo można powiedzieć, dlaczego największy odbiorca gazu z Rosji, jakim jest Unia Europejska, rozlicza się w dolarach! Po co zarówno Rosja jak i UE narażają się na ryzyko kursowe? No, jak napisał jeden z bloggerów, Iran wpadł na pomysł, aby kreować rynek, gdzie rozliczenia za ropę będą płacone w euro, a USA w odpowiedzi zintensyfikowały działania przeciwko temu krajowi, że rozwija program nuklearny. Kwestia czasu, i będziemy mieli wojnę USA-Iran.

Piąty powód, dla którego cena ropy pozostanie na wysokim poziomie to narzuty nakładane na produkty ropo-pochodne w poszczególnych krajach konsumenckich. Takie dane można znaleźć na stronie internetowej OPEC – www.opec.org.

Widać wyraźnie, że ceny produktów na stacjach benzynowych składają się z trzech składników: cena surowca, narzuty producenta przerobionego produktu oraz narzuty budżetowe – VAT, akcyza lub inne podatki. W Polsce na przykład, podatek drogowy, który jest wliczony w cenę paliwa. Tymczasem największe narzuty budżetowe można znaleźć w krajach UE, gdzie w Wielkiej Brytanii jest to 61% ceny litra, RFN – 56%, Włochy - 52%, Francja – 50%. Natomiast w USA jest to 21%, w Kanadzie – 27% i w Japonii – 37%. Niestety nie jest mi wiadomo, ile wynoszą narzuty budżetowe w Polsce, ale podejrzewam, że mogą być w granicach 50 – 60%. Te wysokie zarzuty budżetowe są odpowiedzialne za wysokie ceny paliw na stacjach benzynowych.

Ponadto jest jeszcze mowa o biopaliwach i ich wpływie na rynek paliwowy. Uważam, że biopaliwa to kwestia przyszłości i nie może mieć znaczenia dla obecnej sytuacji. Tym bardziej, że pomimo zalecenia stosowania biopaliw lub nawet wprowadzenia ustawy, nie widzimy jednak wprowadzenia tych produktów. Ba - nawet, biopliwa są bojkotowane przez koncerny samochodowe jako niezalecane dla ich silników.

W związku z tym, cena baryłki pozostanie wysoka i będzie stale wzrastać aż do wyczerpania się zasobów lub dopóki ludzkość zdecyduje wspólnymi wysiłkami zmienić tryb życia: mniej samochodów i mniej wykorzystania produktów ropo-pochodnych.